Niedorzeczne jest życie człowieka
nieposiadającego samochodu. Jest zdany na transport komunikacją
miejską, która ma więcej wad niż zalet. Jesteśmy zmuszeni
pogodzić się z notorycznym spóźnianiem, zmarznięciem niczym
sopel lodu podczas srogiej zimy w oczekiwaniu na zjawienie się
autobusu, czy też przepełnieniem ludzkimi indywidualnościami,
które zmierzają w określone cele. Każdy gdzieś zmierza.
Ktoś może polemizować teraz ze mną, że przecież istnieje również coś takiego jak dobroć ludzka i możliwość zaproponowania podwiezienia. Bzdura. Spójrzmy prawdzie w oczy. Kto dziś sam z siebie proponuje bezinteresowną pomoc? Możesz zataczać się z siatkami przepełnionymi od zakupów, ledwo włóczyć za sobą nogi ze zmęczenia, a i tak nikt nad Tobą się nie zlituje. Przecież jesteś tylko, albo aż człowiekiem.
Pewnego grudniowego popołudnia siedziałam samotnie na przystanku, wracając jak co dnia z pracy do domu. Jestem typem samotnika. Nie lubię w okół siebie tłumów, nie wyszukuję go, i też do niego nie dążę. Samotność mi sprzyja. Mogę przebywać sam na sam ze swoim ja. Doszukać się prawdziwego wnętrza. Lubię ten czas. Jednak w pewnym momencie dosiadł się do mnie brodaty mężczyzna z papierosem. Miał na sobie obdarte ubrania, wyglądające jak wyjęte psu z gardła. Jego buty również wołały o pomstę do nieba. Przywitał się ze mną, miał miły, ciepły głos.
- Dzień dobry, Pani. Czy ten autobus o 17:30 jadący na Niechcice jest nadal aktualny? Czy może coś uległo zmianie?
- Witam Pana. Sądzę, że kursuje, ale nie dałabym sobie uciąć za to ręki. Proszę zapytać w punkcie informacyjnym. - Pokazałam kierunek starszemu Panu, w który miał się udać.
- Dziękuję bardzo.
Starszy mężczyzna odszedł na chwilę, aby zasięgnąć informacji. Po chwili wrócił.
- W informacji powiedzieli mi, że nic się nie zmieniło, więc mogę być spokojny.
- W takim układzie cieszę się. - Powiedziałam i wróciłam do swoich wcześniejszych myśli, z których ów mężczyzna mnie wybił.
Między nami zapanowało dłuższe milczenie. Kątem oka obserwowałam mężczyznę, lecz nie dałam po sobie tego poznać, bo przecież nie przystoi to nikomu. Myślałam, że nasza konwersacja dobiegła końca, lecz to tylko złudzenie. Dostrzegłam, że mężczyzna dziwnie się zachowuje, jakby chciał coś powiedzieć, a nie wiedział jak zacząć. Nie myliłam się, bo nagle usłyszałam:
- Przepraszam, że przerywam Pani akt zadumy, jednakże chciałbym o coś zapytać.
- A więc słucham, niech Pan mówi. - Odparłam rozmówcy.
- Czy Pani jest szczęśliwa w życiu?
Takiego pytania się nie spodziewałam. Jednym słowem dzięki mojemu staruszkowi – oniemiałam.
- A dlaczego Pan o to pyta?
- Nie wygląda Pani na osobę, która tryska szczęściem. Z daleka widać, że jest coś, co Panią trapi, a nie chce się Pani tym z nikim podzielić. Czy mam rację?
Natychmiast robię kalkulację w głowie. Co prawda nie jestem w związku, nie posiadam nieczułej podstawy penisa pod swoim dachem, jakim jest facet. Nie rzygam tęczą i nie sram cukrem na prawo i lewo, oznajmiając najchętniej całemu światu jaka to jestem wielce zakochana. Nie cierpię z powodu samotności, bo - sama na dobrą sprawę - ją wybrałam. Mam pracę, nawet dobrze płatną. Szef – całkiem przyzwoity człowiek, pomijając jeden incydent, kiedy proponował mi szybki numerek za podwyżkę pensji, ale go wyśmiałam. Co prawda – mam seksualne braki, ale od czego jest onanizm? Dzieci mi nie płaczą (i chwała Bogu, bo nie widzę się w roli matki!), więc czego więcej od życia chcieć?
- Tak, jestem szczęśliwa. Z ręką na sercu mogę Panu powiedzieć, że tak. Niczego mi nie brakuje.
- Ja jednak odnoszę wrażenie, że się Pani myli.
- Po czym Pan to domniema?
- Po Pani oczach. Ludzie szczęśliwi mają cieszące się, pełne optymizmu i radości oczy. A Pani – Pani ma takie smutne, pozbawione perspektyw, szare, niekochane oczy.
Dziaduszek z lekka przesadzał. Co on może wiedzieć o moim życiu. Skoro mówię Mu, że tak mi dobrze, to dlaczego nadal wertuje ten temat?
- Z całym szacunkiem – ale Pan się grubo myli. Jedynie faktem jest to, że nie mam drugiej połówki. Ale bez miłości da się żyć. Reszta to bzdury.
- Bez miłości da się żyć, powiada Pani? Nawet Pani nie zdaje sobie sprawy z tego, jak Pani się myli. Otóż opowiem teraz pewną historię z mojego życia.
To było dokładnie 30 lat temu. Poznałem piękną kobietę. Była nieskazitelnie czysta duchowo. Była całym moim życiem. Zastępowała mi tlen. Była moją przystanią. Dzięki niej tak naprawdę poznałem magię miłości. Wszystko, czego nie spotkałem na swojej drodze – porównywałem do Niej. Michalina była moją kobietą, ale i przyjaciółką w jednym. Pewnego dnia odeszła do Domu Pana. Niech jej ziemia lekką będzie. Niech mi Pani uwierzy. Kochałem ją ponad wszystko, co miałem. Długo nie mogłem o Niej zapomnieć. Nie mogłem się pogodzić z tym, że zostałem sam.
Dlatego zacząłem pić. Z dnia na dzień czułem jak staczam się na dno. Tęsknota nie ustępowała.
Napiłem się, wytrzeźwiałem. Kolejnego dnia robiłem powtórkę. I tak cały czas. Nie pamiętam, czy był taki moment, kiedy byłem trzeźwy choć parę dni pod rząd. Kiedy piłem – przynajmniej nie myślałem o Michalinie. Szukałem ucieczki w piciu. To się odchamiło. Cały czas trzymałem pieniądze na alkohol, przez to nie płaciłem rachunków. To co się potem wydarzyło – może się Pani domyślić. Początkowo straciłem prąd, chwilę później odcięli mi wodę, a na końcu spotkanie z komornikiem i eksmisja z domu. Wylądowałem na bruku. Od tego momentu mieszkam na dworcu kolejowym. Muszę sobie jakoś radzić.
Dlatego niech mi Pani nie wmawia, że bez miłości da się żyć. Co to za życie bez kochanej osoby u boku? Bez jej przytulenia, obecności, dobrego słowa...
Historia mężczyzny mnie wzruszyła. Opowiadał to z takim żalem w głosie, że mało co i się nie rozpłakałam. Nic nie poradzę na to, że jestem wrażliwa.
- Widzę, że nie ma Pan łatwego życia. Naprawdę mi przykro.
- Dlatego niech mi Pani uwierzy. Potrzeba Pani bliskości. Mówię to Pani, bo nie chcę, żeby przeszła Pani to samo co ja. Nie chciałbym, żeby potoczyło się Pani życie jak moje. Nie życzę tego nikomu.
Autobus staruszka nadjeżdża. Nie zdążyłam nawet zapytać gdzie się wybiera.
- Reasumując na szybko. Proszę. Niech Pani znajdzie sobie kogoś. Szkoda życia na samotność. Życzę szczęścia!
Uśmiechnęłam się i podziękowałam za radę staruszkowi. Może i miał trochę racji?
Chwilę później mój powiew melancholii wywiał nadjeżdżający autobus. Mogłam powrócić do domu.
Radę wzięłam sobie głęboko do serca.
Ktoś może polemizować teraz ze mną, że przecież istnieje również coś takiego jak dobroć ludzka i możliwość zaproponowania podwiezienia. Bzdura. Spójrzmy prawdzie w oczy. Kto dziś sam z siebie proponuje bezinteresowną pomoc? Możesz zataczać się z siatkami przepełnionymi od zakupów, ledwo włóczyć za sobą nogi ze zmęczenia, a i tak nikt nad Tobą się nie zlituje. Przecież jesteś tylko, albo aż człowiekiem.
Pewnego grudniowego popołudnia siedziałam samotnie na przystanku, wracając jak co dnia z pracy do domu. Jestem typem samotnika. Nie lubię w okół siebie tłumów, nie wyszukuję go, i też do niego nie dążę. Samotność mi sprzyja. Mogę przebywać sam na sam ze swoim ja. Doszukać się prawdziwego wnętrza. Lubię ten czas. Jednak w pewnym momencie dosiadł się do mnie brodaty mężczyzna z papierosem. Miał na sobie obdarte ubrania, wyglądające jak wyjęte psu z gardła. Jego buty również wołały o pomstę do nieba. Przywitał się ze mną, miał miły, ciepły głos.
- Dzień dobry, Pani. Czy ten autobus o 17:30 jadący na Niechcice jest nadal aktualny? Czy może coś uległo zmianie?
- Witam Pana. Sądzę, że kursuje, ale nie dałabym sobie uciąć za to ręki. Proszę zapytać w punkcie informacyjnym. - Pokazałam kierunek starszemu Panu, w który miał się udać.
- Dziękuję bardzo.
Starszy mężczyzna odszedł na chwilę, aby zasięgnąć informacji. Po chwili wrócił.
- W informacji powiedzieli mi, że nic się nie zmieniło, więc mogę być spokojny.
- W takim układzie cieszę się. - Powiedziałam i wróciłam do swoich wcześniejszych myśli, z których ów mężczyzna mnie wybił.
Między nami zapanowało dłuższe milczenie. Kątem oka obserwowałam mężczyznę, lecz nie dałam po sobie tego poznać, bo przecież nie przystoi to nikomu. Myślałam, że nasza konwersacja dobiegła końca, lecz to tylko złudzenie. Dostrzegłam, że mężczyzna dziwnie się zachowuje, jakby chciał coś powiedzieć, a nie wiedział jak zacząć. Nie myliłam się, bo nagle usłyszałam:
- Przepraszam, że przerywam Pani akt zadumy, jednakże chciałbym o coś zapytać.
- A więc słucham, niech Pan mówi. - Odparłam rozmówcy.
- Czy Pani jest szczęśliwa w życiu?
Takiego pytania się nie spodziewałam. Jednym słowem dzięki mojemu staruszkowi – oniemiałam.
- A dlaczego Pan o to pyta?
- Nie wygląda Pani na osobę, która tryska szczęściem. Z daleka widać, że jest coś, co Panią trapi, a nie chce się Pani tym z nikim podzielić. Czy mam rację?
Natychmiast robię kalkulację w głowie. Co prawda nie jestem w związku, nie posiadam nieczułej podstawy penisa pod swoim dachem, jakim jest facet. Nie rzygam tęczą i nie sram cukrem na prawo i lewo, oznajmiając najchętniej całemu światu jaka to jestem wielce zakochana. Nie cierpię z powodu samotności, bo - sama na dobrą sprawę - ją wybrałam. Mam pracę, nawet dobrze płatną. Szef – całkiem przyzwoity człowiek, pomijając jeden incydent, kiedy proponował mi szybki numerek za podwyżkę pensji, ale go wyśmiałam. Co prawda – mam seksualne braki, ale od czego jest onanizm? Dzieci mi nie płaczą (i chwała Bogu, bo nie widzę się w roli matki!), więc czego więcej od życia chcieć?
- Tak, jestem szczęśliwa. Z ręką na sercu mogę Panu powiedzieć, że tak. Niczego mi nie brakuje.
- Ja jednak odnoszę wrażenie, że się Pani myli.
- Po czym Pan to domniema?
- Po Pani oczach. Ludzie szczęśliwi mają cieszące się, pełne optymizmu i radości oczy. A Pani – Pani ma takie smutne, pozbawione perspektyw, szare, niekochane oczy.
Dziaduszek z lekka przesadzał. Co on może wiedzieć o moim życiu. Skoro mówię Mu, że tak mi dobrze, to dlaczego nadal wertuje ten temat?
- Z całym szacunkiem – ale Pan się grubo myli. Jedynie faktem jest to, że nie mam drugiej połówki. Ale bez miłości da się żyć. Reszta to bzdury.
- Bez miłości da się żyć, powiada Pani? Nawet Pani nie zdaje sobie sprawy z tego, jak Pani się myli. Otóż opowiem teraz pewną historię z mojego życia.
To było dokładnie 30 lat temu. Poznałem piękną kobietę. Była nieskazitelnie czysta duchowo. Była całym moim życiem. Zastępowała mi tlen. Była moją przystanią. Dzięki niej tak naprawdę poznałem magię miłości. Wszystko, czego nie spotkałem na swojej drodze – porównywałem do Niej. Michalina była moją kobietą, ale i przyjaciółką w jednym. Pewnego dnia odeszła do Domu Pana. Niech jej ziemia lekką będzie. Niech mi Pani uwierzy. Kochałem ją ponad wszystko, co miałem. Długo nie mogłem o Niej zapomnieć. Nie mogłem się pogodzić z tym, że zostałem sam.
Dlatego zacząłem pić. Z dnia na dzień czułem jak staczam się na dno. Tęsknota nie ustępowała.
Napiłem się, wytrzeźwiałem. Kolejnego dnia robiłem powtórkę. I tak cały czas. Nie pamiętam, czy był taki moment, kiedy byłem trzeźwy choć parę dni pod rząd. Kiedy piłem – przynajmniej nie myślałem o Michalinie. Szukałem ucieczki w piciu. To się odchamiło. Cały czas trzymałem pieniądze na alkohol, przez to nie płaciłem rachunków. To co się potem wydarzyło – może się Pani domyślić. Początkowo straciłem prąd, chwilę później odcięli mi wodę, a na końcu spotkanie z komornikiem i eksmisja z domu. Wylądowałem na bruku. Od tego momentu mieszkam na dworcu kolejowym. Muszę sobie jakoś radzić.
Dlatego niech mi Pani nie wmawia, że bez miłości da się żyć. Co to za życie bez kochanej osoby u boku? Bez jej przytulenia, obecności, dobrego słowa...
Historia mężczyzny mnie wzruszyła. Opowiadał to z takim żalem w głosie, że mało co i się nie rozpłakałam. Nic nie poradzę na to, że jestem wrażliwa.
- Widzę, że nie ma Pan łatwego życia. Naprawdę mi przykro.
- Dlatego niech mi Pani uwierzy. Potrzeba Pani bliskości. Mówię to Pani, bo nie chcę, żeby przeszła Pani to samo co ja. Nie chciałbym, żeby potoczyło się Pani życie jak moje. Nie życzę tego nikomu.
Autobus staruszka nadjeżdża. Nie zdążyłam nawet zapytać gdzie się wybiera.
- Reasumując na szybko. Proszę. Niech Pani znajdzie sobie kogoś. Szkoda życia na samotność. Życzę szczęścia!
Uśmiechnęłam się i podziękowałam za radę staruszkowi. Może i miał trochę racji?
Chwilę później mój powiew melancholii wywiał nadjeżdżający autobus. Mogłam powrócić do domu.
Radę wzięłam sobie głęboko do serca.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz